poniedziałek, 11 listopada 2019

Biel i czerwień

 

Biel i czerwień

Króluje dziś czerwień i biel. Ponad flagami błękitne niebo.
Uśmiech i łzy, słońce i zaduma.
Czerwień znaczy krew. Bo przecież wolności nie da kupić się złotem. Wolność kupuje się krwią…
Biel to przyszłość. Czyste karty do zapisania. Jakiej barwy atramentu użyjemy?  Omijajmy z daleka czerwoną, ponieważ jest to kolor zarezerwowany dla nauczyciela. A naszym nauczycielem było życie…
Szanuję przeszłość. Tworzę przyszłość. Żyję tu i teraz. Świętuję. Śpiewam hymn. 

JESTEM DUMNA Z TEGO, ŻE JESTEM POLKĄ!


czwartek, 7 listopada 2019


Genius loci vs genius hominis

Ludzie czy miejsca? Co tworzy nasze życie?
Z każdą żegnaną osobą odchodzi część nas samych...
Pan Saturnin. Tato mojej Przyjaciółki. Moje dzieciństwo. Moja młodość.
Pan Saturnin, tak niezwykły jak jego imię, zwyczajne życie czynił cudem. Nawet dziś, kiedy jego ciało czekało cierpliwie na oddanie ziemi, jego duch krążył wśród nas. Nad trawą jeszcze zieloną, ponad bezlistnymi drzewami, rozjaśnił słońce i wywołał spokój. Ten rodzaj spokoju, który trwa.
Nie był dobrym człowiekiem. Był BARDZO dobrym człowiekiem. Przez tyle lat, przez te kilka dekad, kiedy go znałam, zawsze się uśmiechał. Nie podnosił głosu. Nie przeklinał. Nie mówił o empatii, tolerancji, życzliwości. On po prostu taki był. Tak żył. I tak umarł. Pośród najbliższych członków swej niezwykłej rodziny. Po sześćdziesięciu latach małżeństwa.
Po pogrzebie, czekając na transport, zapragnęłam powrócić jeszcze raz do miejsc, gdzie się wychowałam. Nasze osiedle. Nasz dawny dom. Nie czułam niczego. Patrzyłam na kupę gruzu za płotem, na odnowione elewacje i nieodnowione drzwi do garażu. Na drzewa, które tam porosły od czasu, kiedy nas już tam nie było. I kota, którego nie znałam. Nie było nic. Żadnego ducha miejsca. Genius loci mojego dzieciństwa stało się jedynie kubistycznym obrazem sześciennej bryły domu.
Więc miejsca czy ludzie? Genius loci czy genius hominis?
Moje dzieciństwo. Moja młodość. Ludzie. Tato Gosi. Niczym opiekuńczy Duch. Genius hominis…




czwartek, 31 października 2019

Noc z nieznajomym

Położyłam się do łóżka z nieznajomym. Nic o nim nie wiedziałam. Znałam jedynie jego imię i nazwisko – Janusz Koryl. Reszta była wielką niewiadomą i Urojeniem. Poszłam do łóżka i nie żałuję chociaż zarwałam noc i znaczną część dnia. Warto było!
Książka od pierwszej strony wciąga jak „cycki w magiel”, że się tak wyrażę. Akcja jest wartka, spójna i logiczna. Powieść nastrojem zbliżona jest do powieści MO-wskich, co mnie niesamowicie ujęło, bo to moje ukochane klimaty! Postaci policjantów są może troszkę płaskie i niepogłębione psychologicznie, ale nie tego w takiej powieści się spodziewałam. W tym momencie wiedziałam, gdzie jest miejsce tego woluminu – pomiędzy moimi skarbami rodem z biblioteczki MO-rdu! I wszystko by szło utartym szlakiem gdyby nie parę słów na skrzydełku książki, które mnie zafrapowały. Nie pasowały nijak do moich odczuć w czasie czytania i cały czas miałam je w pamięci „Przez recenzentów okrzyknięty polskim Stephenem Kingiem”. Ki czort?! Coś tu się nie zgadza…
Akcja toczy się bardzo wartko, nie ma żadnym niepotrzebnych słów, zbędnego filozofowania. Język jest na pierwszy rzut oka prosty, choć co chwila, tuż za rogiem czekają na nas ciekawe porównania i zawijasy słowne. Cudowne smaczki! Akcję p. Janusz osadził w okresie, który akurat się zbliża (tylko śniegu i mrozu niestety brak), w czasie Sylwestra i nadejścia Nowego Roku. Czyli na przełomie. Poszukiwanym mordercą (który nota bene przyznał się, że nim jest i sam zgłosił się na policję) jest dziwny gość w szarym płaszczu i kapeluszu oraz z zakrwawionym nożem w ręku. Charakterystyczny, ale pełen zagadek i jakby rodem z innej epoki. I niby wszystko jest jak być powinno, policja przesłuchuje typa i zamyka w areszcie. Zdziwienie funkcjonariuszy nie ma jednak granic, gdy morderca znika z zamkniętej celi! Śledztwo od początku prowadzi rzeszowski śledczy Aspirant Mateusz Garlicki. Sprawa od początku jest kłopotliwa. Zabawa Sylwestrowa, która tak pięknie się zapowiadała (pierwszy wolny Sylwester od czterech lat Garlicki może wreszcie spędzić z żoną Mariolą). Lecz, jak powszechnie wiadomo, policjant zawsze jest na służbie. Jego zadaniem jest pomagać. Pomaga więc młodej kobiecie zaczepionej przez grupkę chuliganów, wraca na bal i … dostaje wezwanie do komendy. Tu zaczyna się ciąg dziwnych wydarzeń. Okazuje się, że monitoring nie działał w komendzie jak należy i nie ma możliwości znaleźć mordercy młodej dziewczyny o imieniu Aniela - Tadeusza Olczaka. Ale policja ma swoje sposoby i wyszkolonych ludzi. Po nitce do kłębka… Wizja lokalna pod adresem domniemanego przestępstwa, klucz do piwnicy, gdzie znajdują portret kobiety, zakrwawiony płaszcz i kapelusz, które morderca oddał do pralni – tymi tropami dzielnie podążają funkcjonariusze z rzeszowskiej policji. Aspirant Mateusz Garlicki ma ciężki orzech do zgryzienia. Sprawa jest niejasna, wymyka się utartym normom  logicznego myślenia co skutkuje złym samopoczuciem, bezsennością i ogólnym rozdrażnieniem ambitnego śledczego. Czytam nadal z wypiekami na twarzy. Trzyma mnie szybka akcja i tajemnice, które się mnożą. Jednak co jakiś czas jak echem w pustej piwnicy odbijają się w mojej głowie słowa „polski Stephen King”. No bez jaj! To powieść policyjna i nic poza tym! I tak jest dobrze i tak trzymać! Tak lubię! Aż tu nagle… Autor z mistrzostwem wytrawnego prestidigitatora odwraca płaszcz i kapelusz na nice (jak by powiedzieli w latach trzydziestych, w czasach zamordowanej Anieli i jej mordercy) czyli na drugą stronę i …
I oto widzimy wszystko w innym świetle. Przez całą powieść zwodził nas i mamił, wywoływał urojenia, sny i zwidy. Mylił tropy i jawnie nas oszukiwał. I co do formy i co do treści. Bo rozwiązanie jest zupełnie inne. Bo zakrwawiony nóż, który zachował się w policyjnym sejfie nie zniknął tak, jak morderca z aresztanckiej celi. I tak, na ostatnich stronach, ukazuje nam się duch – duch polskiego Stephena Kinga! WOW! Chciałoby się wykrzyknąć. Tego się nie spodziewaliśmy! To nie jest typowa powieść policyjna, to coś więcej. Zresztą przeczytajcie sami. Polecam. A tak na uszko szepnę – warto czasem pójść do łóżka z nieznajomym. Ja pójdę z panem Januszem Korylem na pewno. Z tym, że już nie będę mogła powiedzieć, że robię to z nieznajomym…